Długi weekend majowy, to chyba drugi (zaraz po świętach Bożego Narodzenia) czas w roku, kiedy to wszyscy oczekują na niego z wielką niecierpliwością. Koncerty, grille, spacery, wycieczki krótsze i te dłuższe – możliwości spędzania jest sporo. W tym roku (za namową kumpla z pracy) padło na to ostatnie – wycieczka i to w najlepsze miejsce – w góry!

Plan był prosty. Spakować rowery. Pojechać w góry. Pojeździć (tak przez 3 dni). Zapakować sprzęt. Wrócić.
Plan prawie idealny gdyby nie to, że jak większość rowerowych wypadów zawsze wkrada się spontan i mało czasu.
Po konsultacjach z kumplem zdecydowaliśmy na wypad w Karkonosze i Izery. Oboje byliśmy już tam wcześniej i każdy z nas wiedział jaki potencjał kryje się w tych terenach.

Trasy zacząłem planować na podstawie wielu blogów, przewodników, opinii osób które były już wcześniej jak i swojego doświadczenia (wybacz, że nie podaję Tobie tutaj linków do źródeł ale tyle tego było, ze nie sposób wymienić). Po dość solidnym research’u, wybrałem trasy poprowadzone głównie po Izerach i krótkiej rozgrzewce po Karkonoszach. Przy takich trasach najlepszym miejscem “wypadowym” okazała się urokliwa Szklarska Poręba, a mieszkanie które udało mi się wynająć mieściło się dosłownie kilka metrów od poprowadzonych przeze mnie szlaków.

To tyle z przygotowań!
Trasy zaplanowane, mieszkanie jest… 1 maj… jedziemy!!!

Droga do Szklarskiej Poręby niestety nie napawała optymizmem – ulewa na trasie, która nie wyglądała na “przelotny deszcz”. Dodatkowo wszystkie prognozy prorokowały opady śniegu z temperaturami bliskimi zera. Na szczęście po przybyciu na miejsce pojawiło się słońce!

W kwaterze czekała na nas druga część rowerowych zapaleńców. Rozpakowaliśmy się, zrobiliśmy szybkie zakupy i w drogę!

Pierwszy dzień to rozgrzewka i na celownik trafiła nieczynna kopalnia kwarcu “Stanisław”. Jest to najwyżej położony kamieniołom w Polsce!!!

Z kopalni pojechaliśmy na Sine Skałki skąd rozpościerał się widok na Góry Izerskie.

Drugiego dnia plany były już “nieco” ambitniejsze. Cel: dojechać do Nové Město pod Smrkem w Czechach, a wracając wjechać na sam Smrek. Ruszyliśmy w samo południe (niestety jak się później okazało stanowczo za późno…) w kierunku Jakuszyc. Stamtąd skręciliśmy w stronę Chatki Orle i przez tzw. “Samolot” docieramy do rzeki Izerki.


Po krótkiej przerwie na posiłek i zdjęcia ruszyliśmy dalej do Novego Mesta, a dokładnie na single (Singltrek pod Smrkem).

W drodze powrotnej nie było już tak kolorowo…

Droga prowadziła po singlach które sprawiły wielką frajdę ale najgorsze zaczęło podczas podjazdu pod Smrek. O ile w drodze do Czech towarzyszył nam śnieg zalegający na szlakach tak tutaj wiele bym dał za “taki” tylko śnieg. Obrana droga została na szybko “skracana” przez zbyt mały zapas czasu, a skrót okazał się wielkim niewypałem…

Podjazd, który musieliśmy pokonać nie nadawał się do jazdy i rowery było trzeba wnosić na plecach. Początkowo po kamienisto-trawiastej ścieżce, która z czasem przerodziła się w trawiasto-błotną a nawet trawiasto-wodną. Trzeba przyznać, że wlewająca się bokami butów woda z topniejące śniegu nie jest niczym przyjemnym;)

Z perspektywy czasu (ponad pół roku) wspominam to z uśmiechem na twarzy, jednak w tamtej chwili do śmiechu nam nie było.

Po dotarciu na szczyt Smrek’a przywitał nas dosyć chłodny wiatr, który wraz z zachodzącym słońcem zmusił nas do szybkiego uciekania w stronę Szklarskiej Poręby. Zjazd nie był za szybki, prowadził po mokrej kamienistej ścieżce, która uniemożliwiła szybki powrót.

O ile uwielbiam takie techniczne zjazdy, tak ten (przez wodę w butach i marznące przez to nogi) był po prostu katujący.

Po kilku kilometrach docieramy do “cywilizacji”. Mniej lub bardziej utwardzone drogi i koniec jeżdżenia po skałach. Do Szklarskiej Poręby zostało jeszcze sporo kilometrów, słońce całkowicie zaszło, a temperatury spadły do blisko zera stopni. Gnamy kto ile ma sił, bez zbędnych postojów i niepotrzebnego wyziębiania organizmu. Nogi już od kilku kilometrów czuję jakby były z waty…

Jeszcze tylko “Zakręt śmierci” pokonany w moim wykonaniu zdecydowanie za szybko…i znak “Szklarska Poręba”.
Uratowani!!!

Był to jeden z tych dni, których nie zapomnę do końca życia;)

Dzień trzeci, to już typowe rozjechanie się po wcześniejszym dniu. Niestety ze względu na buty, które nie zdążyły wyschnąć nie mogliśmy wystartować o zaplanowanej godzinie i przez co nie mogliśmy też pokonać zaplanowanej trasy.

Razem z kumplem z pracy postanowiliśmy zapakować rowery w samochód i podjechać na Singltrek pod Smrkem i tam pokonać czerwony szlak. Połowa ekipy niestety, też już musiała wracać do domu (a przynajmniej taki miał plan Marcin, bo Tomek chciał jeszcze nad morze… 😉

Centrum Singltrek pod Smrkem to kawał dobrej roboty i dobry wybór na spędzanie rowerowego dnia.
Polecam każdemu, kto lubi się oderwać od ziemi;)

PS 1.

Marcin z Tomkiem podczas naszych wojaży ostatniego dnia na singlach wysłali nam zdjęcie z… morzem w tle 😉

PS 2.

Poniżej zamieszczam ślady GPS z pierwszego i trzeciego dnia (drugiego dnia niestety nawigacja odmówiła posłuszeństwa)

Dzień pierwszy:


Dzień trzeci: