Jednodniowy wyjazd do Berlina zostawił mi w głowie spory mętlik — i sam nie wiem czy dobry. To miasto jest jednocześnie piękne i przytłaczające. Z jednej strony ogromne, imponujące budynki, szerokie ulice i miejsca pełne historii, a z drugiej — brudne zaułki, bezdomność i ludzie żyjący gdzieś obok całego tego miejskiego pędu. Najbardziej uderzył mnie właśnie ten kontrast. Idąc jedną ulicą można zobaczyć eleganckie kamienice, galerie i kawiarnie pełne ludzi z całego świata, a kilka minut później prowizoryczne namioty pod mostem czy osoby śpiące na chodniku. Berlin niczego nie ukrywa. Pokazuje zarówno swoje piękno, jak i problemy. Miasto sprawia wrażenie bardzo otwartego i różnorodnego. Słychać dziesiątki języków, widać ludzi o różnych kulturach, stylach i sposobach życia. Każdy wydaje się tu trochę „po swojemu” i chyba właśnie dlatego Berlin ma tak specyficzny klimat. To nie był wyjazd, po którym wraca się tylko ze zdjęciami ładnych miejsc. Bardziej z obserwacjami i refleksją o tym, jak blisko siebie mogą funkcjonować bogactwo, sztuka, wolność i zwykły ludzki kryzys. Berlin momentami zachwyca, momentami przygnębia, ale na pewno nie pozostawia obojętnym.
